Historia tworzy Twoje jutro – czyli skąd wzięła się u mnie wirtualna asysta.

Życie i firma

Moja historia jest kręta i zawiła jak drogi, które przemierzam swoim domkiem na kółkach. Wiele lat pracy w różnych branżach, zdobywanie ciągle nowych umiejętności. Co rusz nowe fiksacje, w które wciągałam się całą sobą. Dzisiaj wielozadaniowość i liczne zainteresowania, które niegdyś uważałam za wadę, są moim ogromnym atutem. Macki sięgające w wielu kierunkach, usiłowałam „odciąć”. Teraz puszczam je swobodnie i z zainteresowaniem przyglądam się, w którym kierunku pójdą. To jest właśnie fascynujące w mojej pracy. W moim dzisiejszym świecie, który ciągle kreuję. 

Pod koniec lat 90-tych zaczęłam pracę zawodową. Znalezienie etatu i stawianie warunków nie było większym problemem. Byłam asystentką architekta, potem pracowałam w administracji budownictwa. W 2000 roku założyłam pierwszą firmę. Nie wymagała szalonej promocji, bo była odpowiedzią na potrzeby firmy w której wtedy pracowałam. Było zapotrzebowanie, powstało przedsiębiorstwo, znaleźli się pracownicy.

Rozkręciłam ją bez dostępu do internetu. W tamtych czasach, kiedy w domu korzystało się z internetu, za nic w świecie nie można było się dodzwonić, więc za dużo się w nim nie siedziało. Człowiek znał pakiet office i to w bardzo okrojonym jego potencjale i robił. Pisał ofertę, która miała wyjaśnić działania, a nie przyciągać oko, budzić zainteresowanie, czy budować relacje. To właśnie wtedy, po raz pierwszy zaczęła u mnie wychodzić wielofunkcyjność (na co nie zwracałam uwagi).

Byłam projektantem wnętrz, stawiałam konstrukcje szkalne i remontowałam niemieckie restauracje oraz gabinety. Drugą odnogą firmy były utrzymanie w czystości osiedli i biur. Zatrudniłam grupę ludzi, a moją rolą było jedynie wystawianie faktur i uzupełnianie niezbędnych środków czystości i narzędzi do pracy. Miałam też własną pracownię artystyczną, gdyż rzemiosło było zawsze bliskie memu sercu. Ciężko pracowałam dniami i nocami. W wolnych chwilach zdobywałam nowe umiejętności i rozwijałam liczne pasje.

Kiedy zaczynałam życie przedsiębiorcy, wszystko robiłam sama. Nie było mi w głowie zatrudnianie księgowej, asystentki, czy grafika. Uczyłam się. Robiłam wiele skrajnych kursów, które ułatwiały mi prowadzenie firmy. Kurs księgowości (oczywiście w wersji podstawowej), abym mogła czytać ze zrozumieniem ustawy podatkowe i prawidłowo liczyć finanse firmy. Poza tym księgowość była na tyle mało skomplikowana, że nie wymagała odrębnego działu lub oddelegowania i wystarczył 1-2 dni, żeby wszystko ogarnąć włącznie z kadrami. Do tego programy kreślarskie – zaczynałam w czasach projektów technicznych robionych ręcznie. Dopiero po latach przyszły kursy tworzenia stron internetowych, pisania, marketingu i wiele innych, które pozwalały mi się rozwijać. Tak było w wieloma usługami, które dzisiaj oddałabym specjalistom – jednak nie miałam takiej świadomości. Było super, ale niestety…

Jako młoda kobieta walczyłam ze stereotypami na placu budowy, godzinami udowadniając swoje kompetencje. Nie miałam tyle sił oraz świadomości co obecnie. Zaczynałam zawodowe życie w męskim świecie konstruktorów, budowlańców i inwestorów. Do tego kilka ciosów na które nie byłam przygotowana. Musiałam zrezygnować, zamknąć świetnie rozkręconą firmę. Jednak dla mnie porażka nie istnieje. To cenna lekcja i szansa na coś nowego – lepszego. Dziś uważam, że to był dla mnie najlepszy okres! Umocnił moją pozycję, nauczył pewności siebie i utorował mi drogę do dzisiejszej wersji mnie samej. Niczym feniks spłonęłam, by ponownie powstać z popiołów, przepracowując żale, otrzepując piórka i tworząc nowy wizerunek, i… polecieć.

Życie architekta i artysty zamieniłam na kulinarno-podróżnicze. Zdrowie i nowe życie zmusiły mnie do zmian, a szukając pomysłu na nowy „etat” spędzałam czas w kuchni wymyślając co rusz nową potrawę lub przerabiałam inne. Poza tym poznawałam smaki różnych regionów europejskich. Od słowa do słowa, od miejsca do miejsca powstała moja marka Way of Taste, która do dzisiaj rozbudza moje pasje. Tak oto w gładki sposób poznałam nową branże i połączyłam z życiem zawodowym.

Z biegiem lat wchodził niesamowity postęp, który może na początku nie był potrzebny, ale moja wewnętrzna ambicja i potrzeba poznawania nowego wciągała mnie niczym studnia bez dna. Fascynacja gadżetami, nowymi rozwiązaniami, ułatwieniami, nie miała końca. Do dzisiaj pamiętam, jako kobieta zdecydowanie retro rysowałam na kartce papieru, jak miałby wyglądać mój blog. Tu kalendarz, tam zegar, sypiący się pyłek wróżki. Wielkie wow. W tak zwanym międzyczasie szukałam kolejnych pomysłów na własny biznes, co za tym idzie robiłam kolejne kursy, wdrażałam doskonaliłam i zmieniałam. W wolnych chwilach czytałam ciekawe artykuły, książki i pisałam bajki dla dzieci, ot taka odskocznia. Potem przyszedł czas na prywatne życie, które zmieniło moje spojrzenie na świat i z pewnością zrobiło ogromną rewolucję w priorytetach. Nic w tym dziwnego. Nauczana z innymi możliwościami, wyszłam z założenia, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest urzędowy etat. Cóż… nic bardziej mylnego. Choć z pewnością był doskonałą lekcją i kolejnym zawodem. Teraz nazywam to inwestycją.

Było dobrze! Jednak w pewnym momencie usiadłam z ogromnym doświadczeniem, wieloma umiejętnościami i potężnym znakiem zapytania w głowie. I co ja mam z tym wszystkim zrobić? Na co się zdecydować, żeby nie marnować reszty?

Postanowiłam wyjechać. Droga zawsze mnie uspokajała, pozwalała pozbierać myśli i dawała mi wolną chwilę na lekturę. I stało się…

Wpadłam jak śliwka w kompot czytając jeden z artykułów podróżniczki, która pracuje zdalnie. To u niej dowiedziałam się o takiej instytucji jak Wirtualna Asystentka. O możliwościach jakie daje internet, o tym, że można pracować z dowolnego miejsca na świecie. Eureko – ten zawód stworzyli właśnie dla mnie! Przecież ona pisze o mnie kilka lat później! Przepadłam! Od tamtej pory zgłębiałam wszystko co się dało, aby pracować zdalnie w tym zawodzie. Wywróciłam świat do góry nogami, aby wprowadzić wiedzę w życie. Jednak wychowana na przekonaniach, że tylko praca stacjonarna daje spełnienie, nie potrafiłam postawić kroki na „i”.

Nie chcąc zaprzepaścić włożonej pracy i marzeń, ciągnęłam dwie sroki za ogon pracując na etacie i rozwijając firmę. Wiedziałam, że ta chwila nadejdzie. Pracowałam dużo, żeby wszystko zmienić, selekcjonowałam wiedzę, zbierałam doświadczenie, wracałam wspomnieniami do przeszłości, która może pomóc mi działać. Moja historia, to administracja w urzędach, projekty, zarządzanie zespołem pracowników, ogarnianie księgowości, kadr. Potem wiele lat pisanie, gdyż copywriting jest moim ulubionym zajęciem i sprawia mi frajdę, czy organizacja konferencji, festiwali i innych wydarzeń. Oczywiście poznawanie nowych aplikacji, kursy (a jest ich pierdyliard, bo ja z tych, co wszystko sama) i wiele, wiele innych umiejętności stworzyły ze mnie hybrydę, kombajn wielozadaniowy, który świetnie realizuje się jako Wirtualna Asystentka i Manager projektów.

… i działam! Razem z mężem stworzyłam Agencję Outsourcingu Usług Biznesowych KT Partnerzy, współpracuję ze wspaniałymi ludźmi. Jednak stęskniona za twórcami, solistami biznesowymi i artystami postanowiłam stworzyć tę oto markę osobistą pod własnym nazwiskiem (a nawet nazwiskami) aby wspierać ich w zawiłej codzienności. Pomagam rozwijać skrzydła, bo doskonale wiem, co oznacza praca dookoła swojej pasji, która miała być filarem, a jest drobną chwilą w biznesowej codzienności.

Dodatkowo, podczas konsultacji indywidualnych uczę jak rozmawiać ze specjalistami, na co zwrócić uwagę i jak liczyć prawidłowo koszty firmy. Cieszę się, że dzisiaj uświadamiam i wskazuję drogę startującym. Wielu przedsiębiorców stawia na rozwój, i słusznie, ale zapomina, o samych początkach i zderza się brutalnie z rzeczywistością jaką jest posiadanie firmy. 

Jeszcze wiele pomysłów chodzi mi po głowie, kto wie, co przyniesie mi przyszłość. 

Cześć nazywam się Ilona Klein-Tragier, w czym mogę Ci pomóc?